28.05.2013

O1. "Żeby znowu mogła żyć."



Zgaduję, że nie raz zastanawiałeś się nad tym, czy może być gorzej. Mylę się? Nie? Tak właśnie sądziłam. Do jakiego wniosku dochodziłeś? Gorzej być nie może? To pomyśl sobie: nagle, teraz, w tym momencie staje przed Tobą wampir, mówi „Pij” i na siłę wpycha Ci swoją krew, a potem? Potem, jak to bywa, zabija Cię. Budzisz się, jako nowy potwór, krwiopijca, pijawka. Kim ja jestem? Na pewno nie wampirzycą. No, przynajmniej nie w całej części. Nie jestem też w połowie człowiekiem, nie mam ślicznego uśmiechu, burzy loków i brązowych, hipnotyzujących oczu. Kim więc jestem? Kimś, kto nie ma prawa istnienia. Przynajmniej tak jestem postrzegana. Nazywajcie mnie Tia, będzie najprościej.  Co zrobię? Opowiem wam piekielnie słodką i piekielnie gorzką historię. To jak, ciekawi?

Słońce wpadało promieniem po promieniu, uderzając o moje oczy. Cholera, kto nie zasłonił żaluzji?! Prychnęłam pod nosem, zaciągając na siebie kołdrę. Dopiero po chwili poczułam obcą osobę u siebie w pokoju. Momentalnie zerknęłam w stronę drzwi, siadając na łóżku. Oparty o ścianę stał mężczyzna, na oko miał ze dwadzieścia lat, uśmiechał się w moją stronę. Widziałam iskierki w jego oczach. Kim on był? Twarz wydawała się być znajoma. Blond włosy, artystyczny nieład, ironiczny uśmieszek i…
- Tatia. – I brytyjski akcent. Wywróciłam oczami, podnosząc się z łóżka. Zupełnie zapomniałam, że mam na sobie tylko koszulę nocną i nic więcej, ale jakoś ani mnie, ani jego to nie wzruszyło.
- Brian. – Odgarnęłam blond włosy do tyłu, omijając go. Nie potrzebowaliśmy długiego powitania. W sumie ciekawiło mnie tylko, co chciał. Kiedy Ian pojawiał się w pobliżu, wiadome było, że to nie przyjacielska wizyta i na pewno nie wyjdzie z tego nic dobrego. Pierwsze, co zrobiłam, to nalanie do czajnika wody oraz nastawienie go. Potrzebowałam kawy, a zapewne potem też herbaty. Co było najgorsze w byciu i tym i tym? Musiałam odżywić część ludzką, jak i część wampirzą. Zawsze, więc w swojej lodówce miałam woreczki z krwią, które przed chwilą wyciągnęłam. Nalałam do szklanek po trochu, podając mu naczynie. Słowa? Nie były nam potrzebne. Wiedziałam, że prędzej czy później przejdzie do sedna. Nasypałam kawy do kubka, a słysząc gotującą się wodę zalazłam ją. Wcześniej oczywiście zdążyłam wypić krew. Dolałam mleka, dosypałam dwie łyżeczki cukru, po czym usiadłam, napój stawiając na stole. Swój wzrok wbiłam w towarzysza. Mimo wszystko, cisza pomiędzy nami zaczynała być naprawdę męcząca.
- Więc… - Westchnęłam cicho, słysząc jak zaczyna. Szybko nie skończy. Nigdy nie kończył. Założyłam ręce na piersi, czekając na, nudny, ciąg dalszy. Odruchowo ziewnęłam, dając mu do zrozumienia, by się pośpieszył. Spojrzałam na zegarek. 10:45. Rewelacyjnie. Naprawdę, niech się streszcza.  – Potrzebuję informacji. – Prychnęłam.
- Informatorów ci zabrakło? – Widziałam, że nie był zadowolony z mojej odpowiedzi. Odetchnęłam, upijając łyk kawy. Ręce tym razem położyłam na stole, opierając brodę o dłonie. – No dobrze, o co chodzi? – Cień uśmiechu pojawił się na twarzy blondyna. Cóż, przynajmniej będzie mi coś winien.
- Znasz Dianę Branson, prawda? – Skrzywiłam się, słysząc nazwisko danej osoby. Pokiwałam głową. Di była dość zagubiona. Dawała pozory pewnej siebie, silnej i zarozumiałej dziewczyny, jednak czułam, że w środku jest całkiem inna. Ale co on może chcieć od tej niewinnej nastolatki? – Dowiedz się wszystkiego, co możesz. Kim jest, czym się zajmuje, historie jej rodziny. – Wstałam, pełna oburzenia.
- Słucham?! A od kiedy ja jestem twoją informatorką?! – Nie było takiej mowy. Brian nie da mi spokoju do końca życia, gdy już raz się na to zgodzę. Chłopak jednak nic sobie z tego nie robił. Założył ręce na piersi, patrząc na mnie z niemałym rozbawieniem.
- Tęsknisz za Josephem, prawda? – Zagryzłam wargę. Joseph Dios. Kiedyś mój osobisty bóg. Nie mogłam mu dać do zrozumienia, że cholernie mi go brakuje. W końcu to ja odeszłam od Diosa, był dla mnie… czymś w rodzaju potwora. Chodź sama byłam niesamowicie podobna do Joe, różniliśmy się tylko jedną połową. Pokręciłam przecząco głową, niechlujnie poprawiając nieułożone włosy. Czego on chciał? Śmiech Briana dał mi do zrozumienia, że szybko stąd nie wyjdzie. Usiadłam ponownie, wpatrując się w niego tępo. – Nie? Przeczucie mówi mi inaczej.  – Działał mi na nerwy. Upiłam łyk kawy, czekając na ciąg dalszy. – No nic, ciebie to nie interesuje, szkoda. Bo wiesz, twoja była przyjaciółka jest jego kochanką. – Gabi. Wiedziałam o kim mówi, nie musiałam pytać. Rozstałyśmy się, kiedy ogłosiła mi, kim się stała. Naprawdę mnie to nie obchodziło, jednak zamierzałam pomóc Ianowi. Tak czy siak, byłam niesamowicie dobrą osobą.
- Diana to z pozoru pusta dziewczyna, ze sztucznym uśmiechem, zarozumiała, arogancka, egoistyczna. Z tego co wiem, na razie się uczy, a potem ma przejąć firmę ojca. Na razie tyle mogę ci powiedzieć, zgłoś się za kilka dni. Spotkam się z pewną osobą, jestem pewna, że nam pomoże.
- Z kim? – Ciekawość Iana była nieznośna. Wziął do ręki szklankę, upijając krew. Roześmiałam się, zakładając ręce na piersi.
- Z jej przyjaciółką. – Nie musiał wiedzieć, że „jej przyjaciółka” jest martwa.

Brian opuścił moje mieszkanie kilka minut później, umawiając się ze mną na pojutrze. Super, gdzie ja znajdę pełną czarownicę, która pomoże mi skontaktować się z Evelyn? Chwyciłam za telefon, przeglądając listę „Witches”. Potrzebowałam kogoś, kto mieszka w Lawrence, a przynajmniej ma czas, żeby tutaj jak najszybciej dolecieć, bądź dojechać. Zagryzłam wargi. Miley, pewnie zajęta, Ruby była w połowie demonem, więc mi się to nie przyda… Katherine. Katherine Morgan. Starałam się przywołać jej obraz do swojej głowy, jednak nic mi nie wychodziło. Czy to możliwe, żebym aż tak to zaniedbała? Prawda, nie praktykowałam, nie miałam po co, ale… Pokręciłam głową, naciskając zieloną słuchawkę. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że w Vegas obecnie jest po godzinie 9, rano. Trudno, najwyżej mnie skrzyczy. Jeden sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał, czwarty, piąty, szósty…
- Oby to było ważne, Jones. – Miała mój numer! W duchu aż krzyczałam z radości, a po jej głosie było słychać, że ostro przybalowała.
- Katherine? – Musiałam spytać dla upewnienia, nim zacznę temat o przywoływaniu ducha zmarłej 19-latki.
- Nie, duszek Kacperek. – Prychnęła. Dopiero teraz dotarł do mojej głowy obraz przepięknej, długonogiej blondynki z prześlicznym uśmiechem i dużymi, pełnymi niebieskimi oczami. – Więc, Tia, co chcesz?
- Potrzebuję twojej pomocy. – W odpowiedzi dostałam śmiech. A co innego mogłabym się spodziewać? Czułam nawet przez telefon, że ćpała. I byłam wręcz pewna, że wzięła Vertigo. Czy ta czarownica do końca zwariowała?! Przecież to może ją z a b i ć. Nawet bardzo niewielka dawka tego narkotyku potrafi zabić. Owszem, są osoby „odporne” na mocne działanie leku, ale nie wszystkie. Ciekawe, ile tego panienka wzięła. – Przyjedź do Lawrence, jak najszybciej, wszystko wyjaśnię ci na miejscu, Morgan. – Nie byłam już tak miła. Nie miałam potrzeby by być. Kath prychnęła, jednak zgodziła się i powiedziała, że będzie dzisiaj w nocy, o ile uda jej się wytrzeźwieć do końca.  Musiałam iść pod prysznic, musiałam w końcu ułożyć swoje włoski i musiałam, bądź co bądź, wyjść z tego durnego domu, żeby zdobyć coś, czym mogłabym przekupić Katherine. Pierwszy raz od kilku lat miałam zamiar spotkać się z posłańcem Hrabiego.

Na skórzane, ciemne spodnie rurki, wsunęłam czarne kozaki na wysokim, cienkim obcasie, zaś na fioletową bluzkę zarzuciłam dżinsową kurtkę. Złapałam kluczyki od motoru w drodze do drzwi. Na dworze już dawno nie było słońca, nie zapowiadało się na deszcz. Nałożyłam kask i wsiadłam na swój ukochany pojazd. Pytanie: „co ja najlepszego wyrabiam?” jest jak najbardziej nie na miejscu. Robię to, co muszę. Zdobywam to, co chcę. Mimo to, nie powstrzymałam wspomnień. Bardzo dobrze pamiętałam, jak jeździłam z Josephem na motorze. My, lamissamy kochamy na zawsze. Do ludzi mówi się „wpadłeś po uszy”, my oznaczmy to zwykłym „wpadnięciem”. Nie chodzi o jakąś głupią ciążę, a o miłość. Kochamy raz, a pożądanie. Może nam się ktoś podobać, możemy być w kimś zakochani, ale miłością nazywamy tylko wpadnięcie. To objawia się, kiedy jesteś gotowy przyznać, że ta osoba jest twoją bratnią duszą i zawsze była ci przeznaczona. Ja to przyznałam. W liście pożegnalnym, kiedy opuszczałam Josepha. Dlaczego uciekłam? Dlaczego nie czekałam na odpowiedź? Nie byłam wystarczająco silna, a w mojej głowie pojawiały się czarne scenariusze. Bo co, jeśli on nie czułby do mnie tego samego? Jednak nigdy się o tym nie przekonam. Nawet już nie chcę wiedzieć. Było, minęło. Muszę pogodzić się z tym, że opuściłam osobę, z którą byłabym najszczęśliwsza na świecie.

Do posłańca dotarłam w dość szybkim tempie, bo 15 minut po wyruszeniu byłam już na drugim końcu miasta, dość sporego. Zsiadłam z motoru, zdejmując kask. Rozejrzałam się w koło. Nikogo nie było. Oprócz jednej, rudowłosej dziewczyny, stojącej z zadziornym uśmieszkiem naprzeciwko mnie. Wyczułam, że nie jest człowiekiem. Miałam ten dar. Ale jak człowiek może być posłańcem, posłanką Hrabiego? Zagryzłam wargi, wyciągając z kieszeni odpowiednią sumę pieniędzy, związaną w rulonik i owiniętą gumką recepturką.
- Tatia Jones, prawda? – Na oko miała może ze 20 lat, nie więcej. Nie rozumiałam, po co tak młodzi ludzie trują się takimi świństwami, jednak sama nie byłam lepsza. Pokiwałam twierdząco głową. – Count powiedział, że jesteś cennym kupcem. Masz odpowiednią sumę pieniędzy na Vertigo? – Bez słowa podałam kobiecie wyliczoną kwotę, po czym odebrałam towar. – Nie wyglądasz na kogoś, kto bierze. – Skrzywiłam się. Kim ona jest, żeby mnie oceniać?
- Nie twoja sprawa. – Warknęłam, odwracając się napięcie, jednak dziewczyna złapała moją rękę. Poczułam to nieprzyjemne uczucie, które przechodzi mnie przy spotkaniu z… amazonkami. Była amazonką. Zagryzłam wargę, odwracając się w jej stronę.
- Jesteś lammisamą. – Wyrwałam się z uścisku, zakładając ręce na piersi. – nie przesadź. Twoja wampirza strona nie zawsze może cię uratować. – Nie chciałam słuchać takiego stworzenia. Same nie były rewelacyjne, ale chętnie pouczały. Wywróciłam oczami, po czym ponownie skierowałam się w stronę motoru. Musiałam się stąd wynosić, jak najszybciej. Spotkanie z rudowłosą dało mi wiele do myślenia. A przede wszystkim w głowie miałam jedno: jest tu za dużo istot nadprzyrodzonych, a ja zamierzam sprowadzić jeszcze jedną. Zamierzam udostępnić Evelyn przejście do naszego świata. Żeby znowu mogła żyć.






Ja wiem, rozdział nie powala ani długością, ani fabułą, jednak:
a) nie umiem pisać długich rozdziałów,
b) na razie nie ma się co dziać.
Jak widzicie, kilka postaci jest tutaj przedstawionych. Nie, nie zawsze historia będzie z punktu widzenia Tatii, tak akurat było mi najprościej to zrobić.
Rozdział jest dla Was wszystkich <3

Czytasz = komentujesz <3

2 komentarze:

  1. Komentarz będzie zawierał mało "prawdziwych reakcji", ale to nic. Czytam nazwiska i cholernie mi się kojarzą. Plus motyw wpadnięcia. Pod pełną napięcia akcję (bo w sumie czego chcą od Diany) wplotłaś lekki romans. (uwielbiam <3). Tatia jest ciekawą postacią, dobrze, że dałaś ją poznać. Mam lekką propozycję, daj poznać i resztę. Bo widzisz czyjaś narracja daje nam dużo o tej danej postaci. Dlatego uwielbiam pierwszoosobową. Długość... marna, ale da się przeżyć. Chyba tyle...

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo, bardzo mi się podoba ;) Jak już pisałam, uwielbiam opowiadania w tych klimatach. Zaciekawił mnie ten rozdział, gdyż wprowadza nas do całości i już owiewa tajemnicą postać Diany. Jestem ciekawa kolejnych postaci (bo po twoim dopisku wnioskuję, że narracja będzie prowadzona z różnych punktów) jak i zdarzeń.
    Pozdrawiam i życzę weny ;D

    OdpowiedzUsuń