Zdarzyło Ci się
kiedykolwiek pomyśleć o tym, co jest po śmierci? Niebo? Piekło? Czyściec? Nikt
z nas nie jest w stanie tego przewidzieć, dlatego jesteśmy przerażeni własnym
zgonem. Na pogrzebach płaczemy, zamiast się radować. Bo przecież ludzie idą do
lepszego świata, prawda? Meksykanie opanowali sztukę cieszenia się nad grobem
zmarłej osoby. Dlaczego więc my nie potrafimy? Przecież Tam jest lepszy świat.
Jest On. On, który zawsze pomoże. Bo przecież ludzie właśnie taki mają obraz
Nieba i Boga. Kim jestem? Aniołem. Teoretycznie. Aniołem, żyjącym na Ziemi.
Mylicie nas z Upadłymi. Upadli to Ci, którzy z własnej woli Upadli bądź też
zostali wygnani. Ja… Cóż, ja się zbuntowałem. Powiedziałam „dość” i dodałem „rób,
co chcesz”, po czym zszedłem na Ziemię. Nie jestem, więc ani Upadłym ani
Wygnańcem. Kim więc jestem? Nazywajcie mnie Kenny, bądź Ken, tak po prostu
będzie łatwiej.
Przeciągnąłem się niechlujnie, rzucając wzrokiem na zegarek.
Była godzina 9:12. Szczerze, nie rozumiałem, po co o tej godzinie wstawać, ale
wiedziałem, że za niedługo wstanie Gabrielle i wyrzuci mnie z domu, nim Joseph
wróci. Co za ironia, ona zdradzała jego, a on ją. Po co w ogóle byli razem?
Wywróciłem oczami na swoje myśli, podnosząc się do pozycji siedzącej.
Przeczesałem palcami włosy, zerkając w stronę śpiącej blondynki. Wyglądała tak
grzecznie, tak niewinnie i tak słodko, jak mała dziewczynka. W rzeczywistości,
Gabi była wredną demonicą, kochającą zemstę, która wybrała seks zamiast
przyjaźni. Zapewne teraz Bóg zasłania oczy, żeby nie widzieć nas razem. Anioł i
Demon. Jak to w ogóle wygląda. Westchnąłem cicho, wstając.
- Kenny, wracaj do łóżka… - Mruknęła, ciągnąc mnie do siebie, jakby nie świadoma tego, co się dzieje. Roześmiałem się, po czym wpiłem w jej usta. Nie mogłem jednak zostać. Nawet nie myśl powrotu Diosa, a wyrzuty sumienia mnie zabijały. Tak, wykorzystywaliśmy siebie nawzajem, niby żadne z nas nie cierpiało, ale to ciągle była dziewczyna.
- Wrócę, Gabs, wrócę. – Posłałem jej radosny uśmieszek, widząc, jak się przeciąga i patrzy prosto na mnie. Nie kochałem jej. Była tylko zwykłą znajomą i naprawdę nie chciałem robić jej nadziei. Zresztą, krąży pogłoska, że demony nie potrafią kochać. Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale przecież zawsze istnieje „wyjątek, potwierdzający regułę.” Pokręciłem głową, wyrzucając ze swojego umysłu te myśli, po czym szybkim ruchem ubrałem się i jeszcze raz cmoknąłem ją w usta. Ze stołu w kuchni wziąłem klucze do swojego audi, po czym wyszedłem, rzucając krótkie „do zobaczenia”. Nie było, po co więcej mówić, bo każde z nas wiedziało, że w końcu się spotkamy. Obecnie przebywałem w Nowym Jorku i szczerze? Nie śpieszyło mi się, żeby wracać do Seattle. Tam, cóż, towarzystwo znało mnie już wystarczająco dobrze, a to, że się nie starzeję, jest dość podejrzane, dlatego za niedługo i tak będę musiał się wyprowadzić. Myślałem nad Karaibami, zawsze ładnie, czy jakoś tak. No i w wakacje sporo kobiet, a to była jedna z wielu rzeczy, które uwielbiałem. Seks i imprezowanie dla mnie, to czysta rozrywka. Niby taki grzeczny Anioł, prawda? Zepsułem wam obraz? Wybaczcie. Z myśli wyrwał mnie dopiero dźwięk telefonu. Prowadziłem i rozmawiałem przez telefon. Kolejna sprzeczność, jeśli chodzi o wasz obraz Anioła, a obraz prawdziwego Anioła.
- Czego chcesz, Katherine? – Jedyne, co usłyszałem, to śmiech Morgan. Ten melodyjny, przepiękny śmiech. Cholera, czy mi musiała podobać się każda napotkana blondynka?! Westchnąłem cicho, czekając na dalszy ciąg.
- Twojej krwi, Rivers. – Odpowiedziała w końcu, a tym razem to ja wybuchnąłem śmiechem. Czarownica potrzebowała krwi Anioła? Jest tylko kilka zaklęć, jednak mogłem podejrzewać to, czego się obawiałem.
- Powinnaś zostawić dusze w spokoju, wiesz, Kath? – Byłem wręcz pewien, że wywróciła oczami. Zazwyczaj to robiła. – Kiedy, gdzie, ile?
- Jutro, Lawrence, fiolkę. – Pokiwałem głowa, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że przecież czarownica mnie nie widzi. Potwierdziłem swoje przybycie, ale jak na razie miałem cały jeszcze boży dzień przed sobą i naprawdę nie miałem zamiaru tego zmarnować, dlatego pierwsze, co zrobiłem w swoim domu to zjedzenie porządnego śniadania, bo mój żołądek domagał się już go od kilku minut. W sumie dziwiło mnie, po co Kath chce wzywać ducha. Musi mieć w tym jakiś cel. Ale, po co jej moja krew? Tak się sprowadza duszę ludzką do życia, znowu. Zagryzłem wargi. Niemożliwe. Morgan nie była aż tak głupia, dlatego tym bardziej dziwiło mnie, po co jej to wszystko. Słysząc dźwięk dzwonka w telefonie, zerknąłem na wyświetlacz. „Brian”. Co on może chcieć ode mnie? Przełknąłem kęsa kanapki, popiłem sokiem pomarańczowym i dopiero po tych czynnościach odebrałem komórkę.
- No, co jest? – Thomsona poznałem całkiem przypadkiem, prawie się z nim przespałem, bo byliśmy tak zalani, jednak właśnie Katherine i taka Tatia odciągnęły nas od siebie, kiedy się całowaliśmy. Nie powiem, że nie, bo chłopak całuje nieziemsko. Roześmiałem się mu do słuchawki, co widocznie go zdziwiło.
- Co cię tak bawi, Ken, hm? – Był zirytowany, rozpoznawałem to w jego głosie. Westchnął cicho, kontynuując to, co pewnie mu przerwałem, ale najpierw oczywiście musiał ponarzekać. – Boże, wyjaśnij mi, czy ty mnie w ogóle słuchasz?! Jesteś wielkim kretynem, Kendall.
- Hej, nie wzywaj mi tu Boga, bo jeszcze ściągnie mnie znowu do Noemi, a ja wcale nie mam ochoty słuchać rozkazań bożych, więc kontynuuj, a ja cię z chęcią posłucham, kochanie. – To, w jakim stylu się do siebie zwracaliśmy było wręcz nieprawdopodobne. Pewnie wielu wzięłoby nas za gejów, ale my byliśmy po prostu zwykłymi, kochającymi się przyjaciółmi.
- Wiesz coś o Dianie Branson? – Zastanowiłem się chwilę. Branson, Branson… Zagryzłem wargę. Upiłem łyk soku.
- Niestety nie. Coś się stało?
- Tia szuka informacji na jej temat, ma się spotkać z jej przyjaciółką. – I nagle wszystko zaczęło się układać. Kath chciała mieć wszystkie składniki, nie dla siebie, a dla Tatii. Roześmiałem się po raz kolejny, ale nie odezwałem się ani słowem. – Przyjedziesz jutro do Lawrence?
- Oczywiście, kotku, dla ciebie zawsze.
- Więc do zobaczenia, skarbie. – Rozłączyłem się, odkładając telefon obok mnie. Skoro jutro mam zjawić się w Kansas, u ukochanej Josepha, to, dlaczego nie mam go o tym poinformować? Co prawda, jakąś godzinę temu wyszedłem z ich domu po nocy spędzonej z jego kochanką, ale przecież on o tym nie wie. Zapewne się domyśla, nie jest aż tak wielkim kretynem. Chyba.
Wziąłem szybki prysznic, przebrałem się w pierwsze lepsze ciuchy, po czym znowu pojechałem pod dom Diosa. Po niecałej pół godzinie jazdy byłem na miejscu. Znowu miałem obawy, ale czego nie robi się dla starej przyjaciółki? Byłem pewien, że Tia cholernie tęskni za Josephem i świadom tego, że Joe cholernie tęskni za Tatią. A skoro bawię się w swatkę… Zapukałem do drzwi. Raz, drugi, trzeci…
- Kendall, po co przyszedłeś? – Oschły ton Gabi dał mi do zrozumienia, że Dios powrócił już do domu. I bardzo dobrze, bo to właśnie z nim miałem porozmawiać. Wszedłem do środka, rozglądając się po salonie. Mieszaniec coś malował, jak to miał w zwyczaju. Odchrząknąłem, a kiedy zerknął na mnie posłałem mu uśmieszek, dość tajemniczy.
- Joe, możemy porozmawiać? – Ukradkiem spojrzałem na Gabrielle. Zauważyłem obawę w jej oczach, co wywołało u mnie łobuzerski uśmiech. Naprawdę myśli, że mam zamiar wygadać to, że się ze mną pieprzy? Błagam was. Nie minęła minuta, kiedy byliśmy już na dworze. Obydwoje zapaliliśmy, przez chwilę nic nie mówiąc. – Tęsknisz za Tatią? – Przykułem jego uwagę, dlatego kontynuowałem. – Jadę do Lawrence, właśnie do niej. Może polecisz ze mną? – Joseph mógł sobie udawać wielkiego dupka, jednak wiedziałem, że nadal ją kocha. Ba, teraz dało się to wyczytać z jego twarzy. Niby tzw. „poker face”, a w oczach tęsknota, przeplatana z radością. Och tak, Joe na pewno chciałby ją znowu zobaczyć. Czekałem na odpowiedź dłuższą chwilę. „Dłuższą.” – prychnąłem w myślach. Zdążyłem już wypalić całego papierosa i zacząć kolejnego, a łaskawa hybryda jeszcze łaskawie nie odpowiedziała. Widziałem, że ma opory. Zapewne chodziło o Gabi. Wywróciłem oczami. – Posłuchaj, nie mam całego dnia, więc z łaski swojej odpowiedz na moje pytanie, bo jak nie, to lecę bez ciebie. Nie obchodzą mnie twoje obawy, bo Gabrielle. Jest dużą dziewczynką, poradzi sobie. – Skarcił mnie wzrokiem, na co głęboko westchnąłem. Zaciągnąłem się ostatni raz, po czym zgasiłem. – Widzę, że nie dostanę odpowiedzi, więc pozdrowić ją od ciebie? – Cios poniżej pasa, wiem, ale inaczej nie mogłem pozwolić. Oni byli stworzeni, żeby żyć razem. Razem. Nie oddzielnie, jak banda kretynów. Oni bez siebie nie funkcjonowali, staczali się na dno.
- Poczekaj… - Westchnął, przeczesując palcami włosy. Wstałem z murka, patrząc na niego wyczekująco. – Zarezerwuj bilety, spotkamy się na lotnisku. – Pokiwałem głową, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Dobrze robisz, Joseph. Obydwoje siebie potrzebujecie. – Tego po prostu nie dało się ukryć. Widziałem to na własne oczy i przyznaję szczerze, bawię się w swatkę. Ale to dla ich dobra, nic więcej. – Rano, pewnie koło ósmej będzie wylot. – Mężczyzna pokiwał głową, zostawiając mnie samego. Tatia się wścieknie, tego jestem pewien.
Jakieś pół godziny później znalazłem się przed drzwiami swojego mieszkania. Cudem powstrzymałem śmiech, widząc przed nimi blondynkę. Johanson miała założone ręce na piersi i patrzyła na mnie wyczekującym spojrzeniem. Naprawdę myślała, że nas wydam? Ale proszę was, co mógłby Joseph jej zrobić? Był tak zakochany w Tatii, że to niemożliwe, by kochał Gabbe. Przesunęła się, kiedy tylko wyjąłem klucz, jednak widziałem, że wciąż czeka na odpowiedź.
- Nie żegnasz się z ukochanym? – Rzuciłem zgryźliwie, będąc świadomy, że ona jeszcze nie wie o jego wyjeździe. I dobrze, jeszcze będzie chciała go zatrzymać. Może i byłem wredny, ale na pewno nie zamierzałem pozwolić Gabrielli, by jechała z nami, czy kazała Diosowi wybierać. Sam nie byłem stały w uczuciach. Ja przecież nigdy nie kochałem, więc o czym my rozmawiamy. Każdy mój „związek” kończył i zaczynał się seksem. Z nikim nie byłem dłużej niż trzy dni, a raczej noce, ale szczerze? Lubiłem takie życie. Zero zobowiązań, zero problemów. Czy martwiłem się o jakąkolwiek ciążę? Nie. To było nierealne, żeby Anioł kogokolwiek zapłodnił, a przynajmniej nie słyszałem o takim przypadku. Byłem też ciekawy spotkania Tii i Joe’go. Och, to będzie interesujące.
- Jak to, „żegnasz”? – Spytała demonica, wchodząc do mojego mieszkania. Roześmiałem się, odwracając w jej stronę. Zilustrowałem ją wzrokiem, po czym udałem się do salonu, gdzie leżał mój laptop. Jakieś 10 minut później, kiedy wszystko mieliśmy zarezerwowane, ponownie spojrzałem na dziewczynę. Nadal siedziała ze mną w pokoju, wyczekując odpowiedzi. Pokazałem jej tylko stronę. Momentalnie wstała, patrząc na ekran. Nawet się nie zorientowałem, kiedy czarne pióra wyłoniły się z ramion blondynki. – Lawrence, huh? Przecież on mnie zostawi… - Z jej głosu wyczytałem żal i wściekłość. Czarny popiół sypał się na moje meble oraz mój ukochany dywan, co wcale mi się nie podobało. Dziewczyna wpadała w furię. – Jadę z wami. Nie puszczę go samego, rozumiesz? Nie ma takiej opcji! – Reakcja była taka, jakiej się spodziewałem. Roześmiałem się tylko.
- Nigdzie nie jedziesz, kochanie. Podobno ci na nim nie zależy. – Skrzydła Gabi zaczęły się lekko poruszać, co sprawiło, że moje ramiona zaszczypały. Już po chwili złoty pył poleciał z moich skrzydeł na stół. Zagryzłem wargi. – Nie toczymy wojny na Ziemi, pamiętasz, Gabrielle? – Zawarczałem, wpatrując się w jej oczy. Odruchowo przywołałem sztylet, obracając go w rękach. Kilka chwil później to samo zrobiła dziewczyna i ostatnim ruchem zdołałem się obronić. – Uspokój się, Sługo Lucyfera, Anioła Zbuntowanego. Jam, którym został stworznym przez Boga Najwyższego rozkazuję Ci schować swe czarne skrzydła, które od Samego Szatana dostałeś i wycofać się. – W oczach Gabi stanęły płomyki zła, jednak zaraz opadła bezwładnie na podłogę. Nienawidziłem tego robić.
Rozdział jest ciut ciut dłuższy, także no. Dedykuję go Maddi <3 Dzisiejszy tc był świetny, jesteś silna, śliczna i przesyłałam Ci spoilery, więc masz!
Ogólnie... To coś na górze nie jest najgorsze, pisałam gorzej, wierzcie mi. Teraz już coś ruszyło do przodu. Ach! Dodałam dwa linki. "Pytania" - do mnie lub do postaci proszę kierować właśnie tam. Taka zabawa. Również doszło "Informuję" i jeśli ktoś chce być informowany to tam proszę zostawić swój namiar.
A może Wy mi podpowiecie, z czyjej perspektywy chcielibyście przeczytać rozdział? <3
Czytasz = komentujesz.
Jeśli chcesz zareklamować swojego bloga to wchodzisz na "Pytania" i tam też zostawiasz z dopiskiem: zapraszam. Nie chciałabym Wam narobić spamu informując o rozdziałach. ;)
Love,
xoxo,
Kath ;3
- Kenny, wracaj do łóżka… - Mruknęła, ciągnąc mnie do siebie, jakby nie świadoma tego, co się dzieje. Roześmiałem się, po czym wpiłem w jej usta. Nie mogłem jednak zostać. Nawet nie myśl powrotu Diosa, a wyrzuty sumienia mnie zabijały. Tak, wykorzystywaliśmy siebie nawzajem, niby żadne z nas nie cierpiało, ale to ciągle była dziewczyna.
- Wrócę, Gabs, wrócę. – Posłałem jej radosny uśmieszek, widząc, jak się przeciąga i patrzy prosto na mnie. Nie kochałem jej. Była tylko zwykłą znajomą i naprawdę nie chciałem robić jej nadziei. Zresztą, krąży pogłoska, że demony nie potrafią kochać. Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale przecież zawsze istnieje „wyjątek, potwierdzający regułę.” Pokręciłem głową, wyrzucając ze swojego umysłu te myśli, po czym szybkim ruchem ubrałem się i jeszcze raz cmoknąłem ją w usta. Ze stołu w kuchni wziąłem klucze do swojego audi, po czym wyszedłem, rzucając krótkie „do zobaczenia”. Nie było, po co więcej mówić, bo każde z nas wiedziało, że w końcu się spotkamy. Obecnie przebywałem w Nowym Jorku i szczerze? Nie śpieszyło mi się, żeby wracać do Seattle. Tam, cóż, towarzystwo znało mnie już wystarczająco dobrze, a to, że się nie starzeję, jest dość podejrzane, dlatego za niedługo i tak będę musiał się wyprowadzić. Myślałem nad Karaibami, zawsze ładnie, czy jakoś tak. No i w wakacje sporo kobiet, a to była jedna z wielu rzeczy, które uwielbiałem. Seks i imprezowanie dla mnie, to czysta rozrywka. Niby taki grzeczny Anioł, prawda? Zepsułem wam obraz? Wybaczcie. Z myśli wyrwał mnie dopiero dźwięk telefonu. Prowadziłem i rozmawiałem przez telefon. Kolejna sprzeczność, jeśli chodzi o wasz obraz Anioła, a obraz prawdziwego Anioła.
- Czego chcesz, Katherine? – Jedyne, co usłyszałem, to śmiech Morgan. Ten melodyjny, przepiękny śmiech. Cholera, czy mi musiała podobać się każda napotkana blondynka?! Westchnąłem cicho, czekając na dalszy ciąg.
- Twojej krwi, Rivers. – Odpowiedziała w końcu, a tym razem to ja wybuchnąłem śmiechem. Czarownica potrzebowała krwi Anioła? Jest tylko kilka zaklęć, jednak mogłem podejrzewać to, czego się obawiałem.
- Powinnaś zostawić dusze w spokoju, wiesz, Kath? – Byłem wręcz pewien, że wywróciła oczami. Zazwyczaj to robiła. – Kiedy, gdzie, ile?
- Jutro, Lawrence, fiolkę. – Pokiwałem głowa, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że przecież czarownica mnie nie widzi. Potwierdziłem swoje przybycie, ale jak na razie miałem cały jeszcze boży dzień przed sobą i naprawdę nie miałem zamiaru tego zmarnować, dlatego pierwsze, co zrobiłem w swoim domu to zjedzenie porządnego śniadania, bo mój żołądek domagał się już go od kilku minut. W sumie dziwiło mnie, po co Kath chce wzywać ducha. Musi mieć w tym jakiś cel. Ale, po co jej moja krew? Tak się sprowadza duszę ludzką do życia, znowu. Zagryzłem wargi. Niemożliwe. Morgan nie była aż tak głupia, dlatego tym bardziej dziwiło mnie, po co jej to wszystko. Słysząc dźwięk dzwonka w telefonie, zerknąłem na wyświetlacz. „Brian”. Co on może chcieć ode mnie? Przełknąłem kęsa kanapki, popiłem sokiem pomarańczowym i dopiero po tych czynnościach odebrałem komórkę.
- No, co jest? – Thomsona poznałem całkiem przypadkiem, prawie się z nim przespałem, bo byliśmy tak zalani, jednak właśnie Katherine i taka Tatia odciągnęły nas od siebie, kiedy się całowaliśmy. Nie powiem, że nie, bo chłopak całuje nieziemsko. Roześmiałem się mu do słuchawki, co widocznie go zdziwiło.
- Co cię tak bawi, Ken, hm? – Był zirytowany, rozpoznawałem to w jego głosie. Westchnął cicho, kontynuując to, co pewnie mu przerwałem, ale najpierw oczywiście musiał ponarzekać. – Boże, wyjaśnij mi, czy ty mnie w ogóle słuchasz?! Jesteś wielkim kretynem, Kendall.
- Hej, nie wzywaj mi tu Boga, bo jeszcze ściągnie mnie znowu do Noemi, a ja wcale nie mam ochoty słuchać rozkazań bożych, więc kontynuuj, a ja cię z chęcią posłucham, kochanie. – To, w jakim stylu się do siebie zwracaliśmy było wręcz nieprawdopodobne. Pewnie wielu wzięłoby nas za gejów, ale my byliśmy po prostu zwykłymi, kochającymi się przyjaciółmi.
- Wiesz coś o Dianie Branson? – Zastanowiłem się chwilę. Branson, Branson… Zagryzłem wargę. Upiłem łyk soku.
- Niestety nie. Coś się stało?
- Tia szuka informacji na jej temat, ma się spotkać z jej przyjaciółką. – I nagle wszystko zaczęło się układać. Kath chciała mieć wszystkie składniki, nie dla siebie, a dla Tatii. Roześmiałem się po raz kolejny, ale nie odezwałem się ani słowem. – Przyjedziesz jutro do Lawrence?
- Oczywiście, kotku, dla ciebie zawsze.
- Więc do zobaczenia, skarbie. – Rozłączyłem się, odkładając telefon obok mnie. Skoro jutro mam zjawić się w Kansas, u ukochanej Josepha, to, dlaczego nie mam go o tym poinformować? Co prawda, jakąś godzinę temu wyszedłem z ich domu po nocy spędzonej z jego kochanką, ale przecież on o tym nie wie. Zapewne się domyśla, nie jest aż tak wielkim kretynem. Chyba.
Wziąłem szybki prysznic, przebrałem się w pierwsze lepsze ciuchy, po czym znowu pojechałem pod dom Diosa. Po niecałej pół godzinie jazdy byłem na miejscu. Znowu miałem obawy, ale czego nie robi się dla starej przyjaciółki? Byłem pewien, że Tia cholernie tęskni za Josephem i świadom tego, że Joe cholernie tęskni za Tatią. A skoro bawię się w swatkę… Zapukałem do drzwi. Raz, drugi, trzeci…
- Kendall, po co przyszedłeś? – Oschły ton Gabi dał mi do zrozumienia, że Dios powrócił już do domu. I bardzo dobrze, bo to właśnie z nim miałem porozmawiać. Wszedłem do środka, rozglądając się po salonie. Mieszaniec coś malował, jak to miał w zwyczaju. Odchrząknąłem, a kiedy zerknął na mnie posłałem mu uśmieszek, dość tajemniczy.
- Joe, możemy porozmawiać? – Ukradkiem spojrzałem na Gabrielle. Zauważyłem obawę w jej oczach, co wywołało u mnie łobuzerski uśmiech. Naprawdę myśli, że mam zamiar wygadać to, że się ze mną pieprzy? Błagam was. Nie minęła minuta, kiedy byliśmy już na dworze. Obydwoje zapaliliśmy, przez chwilę nic nie mówiąc. – Tęsknisz za Tatią? – Przykułem jego uwagę, dlatego kontynuowałem. – Jadę do Lawrence, właśnie do niej. Może polecisz ze mną? – Joseph mógł sobie udawać wielkiego dupka, jednak wiedziałem, że nadal ją kocha. Ba, teraz dało się to wyczytać z jego twarzy. Niby tzw. „poker face”, a w oczach tęsknota, przeplatana z radością. Och tak, Joe na pewno chciałby ją znowu zobaczyć. Czekałem na odpowiedź dłuższą chwilę. „Dłuższą.” – prychnąłem w myślach. Zdążyłem już wypalić całego papierosa i zacząć kolejnego, a łaskawa hybryda jeszcze łaskawie nie odpowiedziała. Widziałem, że ma opory. Zapewne chodziło o Gabi. Wywróciłem oczami. – Posłuchaj, nie mam całego dnia, więc z łaski swojej odpowiedz na moje pytanie, bo jak nie, to lecę bez ciebie. Nie obchodzą mnie twoje obawy, bo Gabrielle. Jest dużą dziewczynką, poradzi sobie. – Skarcił mnie wzrokiem, na co głęboko westchnąłem. Zaciągnąłem się ostatni raz, po czym zgasiłem. – Widzę, że nie dostanę odpowiedzi, więc pozdrowić ją od ciebie? – Cios poniżej pasa, wiem, ale inaczej nie mogłem pozwolić. Oni byli stworzeni, żeby żyć razem. Razem. Nie oddzielnie, jak banda kretynów. Oni bez siebie nie funkcjonowali, staczali się na dno.
- Poczekaj… - Westchnął, przeczesując palcami włosy. Wstałem z murka, patrząc na niego wyczekująco. – Zarezerwuj bilety, spotkamy się na lotnisku. – Pokiwałem głową, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Dobrze robisz, Joseph. Obydwoje siebie potrzebujecie. – Tego po prostu nie dało się ukryć. Widziałem to na własne oczy i przyznaję szczerze, bawię się w swatkę. Ale to dla ich dobra, nic więcej. – Rano, pewnie koło ósmej będzie wylot. – Mężczyzna pokiwał głową, zostawiając mnie samego. Tatia się wścieknie, tego jestem pewien.
Jakieś pół godziny później znalazłem się przed drzwiami swojego mieszkania. Cudem powstrzymałem śmiech, widząc przed nimi blondynkę. Johanson miała założone ręce na piersi i patrzyła na mnie wyczekującym spojrzeniem. Naprawdę myślała, że nas wydam? Ale proszę was, co mógłby Joseph jej zrobić? Był tak zakochany w Tatii, że to niemożliwe, by kochał Gabbe. Przesunęła się, kiedy tylko wyjąłem klucz, jednak widziałem, że wciąż czeka na odpowiedź.
- Nie żegnasz się z ukochanym? – Rzuciłem zgryźliwie, będąc świadomy, że ona jeszcze nie wie o jego wyjeździe. I dobrze, jeszcze będzie chciała go zatrzymać. Może i byłem wredny, ale na pewno nie zamierzałem pozwolić Gabrielli, by jechała z nami, czy kazała Diosowi wybierać. Sam nie byłem stały w uczuciach. Ja przecież nigdy nie kochałem, więc o czym my rozmawiamy. Każdy mój „związek” kończył i zaczynał się seksem. Z nikim nie byłem dłużej niż trzy dni, a raczej noce, ale szczerze? Lubiłem takie życie. Zero zobowiązań, zero problemów. Czy martwiłem się o jakąkolwiek ciążę? Nie. To było nierealne, żeby Anioł kogokolwiek zapłodnił, a przynajmniej nie słyszałem o takim przypadku. Byłem też ciekawy spotkania Tii i Joe’go. Och, to będzie interesujące.
- Jak to, „żegnasz”? – Spytała demonica, wchodząc do mojego mieszkania. Roześmiałem się, odwracając w jej stronę. Zilustrowałem ją wzrokiem, po czym udałem się do salonu, gdzie leżał mój laptop. Jakieś 10 minut później, kiedy wszystko mieliśmy zarezerwowane, ponownie spojrzałem na dziewczynę. Nadal siedziała ze mną w pokoju, wyczekując odpowiedzi. Pokazałem jej tylko stronę. Momentalnie wstała, patrząc na ekran. Nawet się nie zorientowałem, kiedy czarne pióra wyłoniły się z ramion blondynki. – Lawrence, huh? Przecież on mnie zostawi… - Z jej głosu wyczytałem żal i wściekłość. Czarny popiół sypał się na moje meble oraz mój ukochany dywan, co wcale mi się nie podobało. Dziewczyna wpadała w furię. – Jadę z wami. Nie puszczę go samego, rozumiesz? Nie ma takiej opcji! – Reakcja była taka, jakiej się spodziewałem. Roześmiałem się tylko.
- Nigdzie nie jedziesz, kochanie. Podobno ci na nim nie zależy. – Skrzydła Gabi zaczęły się lekko poruszać, co sprawiło, że moje ramiona zaszczypały. Już po chwili złoty pył poleciał z moich skrzydeł na stół. Zagryzłem wargi. – Nie toczymy wojny na Ziemi, pamiętasz, Gabrielle? – Zawarczałem, wpatrując się w jej oczy. Odruchowo przywołałem sztylet, obracając go w rękach. Kilka chwil później to samo zrobiła dziewczyna i ostatnim ruchem zdołałem się obronić. – Uspokój się, Sługo Lucyfera, Anioła Zbuntowanego. Jam, którym został stworznym przez Boga Najwyższego rozkazuję Ci schować swe czarne skrzydła, które od Samego Szatana dostałeś i wycofać się. – W oczach Gabi stanęły płomyki zła, jednak zaraz opadła bezwładnie na podłogę. Nienawidziłem tego robić.
Rozdział jest ciut ciut dłuższy, także no. Dedykuję go Maddi <3 Dzisiejszy tc był świetny, jesteś silna, śliczna i przesyłałam Ci spoilery, więc masz!
Ogólnie... To coś na górze nie jest najgorsze, pisałam gorzej, wierzcie mi. Teraz już coś ruszyło do przodu. Ach! Dodałam dwa linki. "Pytania" - do mnie lub do postaci proszę kierować właśnie tam. Taka zabawa. Również doszło "Informuję" i jeśli ktoś chce być informowany to tam proszę zostawić swój namiar.
A może Wy mi podpowiecie, z czyjej perspektywy chcielibyście przeczytać rozdział? <3
Czytasz = komentujesz.
Jeśli chcesz zareklamować swojego bloga to wchodzisz na "Pytania" i tam też zostawiasz z dopiskiem: zapraszam. Nie chciałabym Wam narobić spamu informując o rozdziałach. ;)
Love,
xoxo,
Kath ;3